|
Mój paszport, zagubiony w Paryżu przez konsula Uzbekistanu, w końcu dogania mnie pocztą. Opuszczam Warszawę. Ciekawy, niespokojny.
Pociąg pomyka, za oknem pola w oddali giną. Nachylają się nad nimi złociste promienie, każde źdźbło obejmują. Spoglądają na mnie wiekowe drzewa, dziwią się, szemrają. A ja w ich konarach jedne myśli gubię i w inne, nieznane milcząc jadę.
Gna maszyna ze stali. Choć wielką siłą pchnięta, oddech traci; szyny krzywe, węgiel szary, maszynista, na pełnym luzie, pijany. Lecz maszyna rozkazowi poddana dalej kołami obraca. Hamulce zimne, zardzewiałe, niechętnie używane. Pociąg i tak kiedyś sam z siebie stanie.
Z zewnątrz dochodzą dziwne głosy. Wskoczył do wagonu celnik, węszy. Dopadł, warknął:
«Gdzie wiza?»
«Tu, rosyjska, na trzy miesiące.» - odpowiadam.
«A białoruska gdzie?»
«Tej nie mam.»
|
|
|