|
Szyderczy uśmiech przemknął mu po twarzy. Ubawiony i już spokojny, rzuca jadowicie:
«No, to dojechaliśmy.»
«Co? Ale… dokąd?»
«Donikąd.»
Za nim dziewczyny, wysokie, wulgarne, pijane. Ale podróżnym chyba zainteresowane:
«Wania, jak możesz mu to robić? Popatrz… on taki młody. Posłuchaj… my za niego wyjdziemy… i nie będzie problemu.»
Sam, na ławce siedzę. Podszedł inny, zawęszył:
«Ile masz dolarów?»
Z głębi ukrytej kieszeni cztery studolarowe banknoty zaszeleściły i w strachu zapiszczały:
«Dwadzieścia»
«Co?! Za to przecież nawet nie kupisz voucher’a! - żachnął się z niesmakiem - kosztuje dwadzieścia pięć.»
Niezręcznie poprawiam:
«Dwieście, chciałem powiedzieć, mam dwieście.»
Jakby tym nagle rozczulony, pociesza, łasi się:
«A, no to pojedziesz…
… może.»
|
|
|