|
Lecz czas mija, a ja wciąż siedzę na ławce. Na dworze stukot kół. Wyrwać się, krzyczeć, biec chcę. A ławka trzyma, szara, brudna, sędziwa. I jakbym jej szmer słyszał: «Cicho, głupcze! Tu wszyscy milczą. Milcz i ty.»
Pchnięty umundurowaną ręką, znów jestem w pociągu. Ale to nie ten. Zupełnie nie ten. Wpija się we mnie setka oczu. Ich wzrok pali, wskroś przeszywa. Chciałbym zapaść się pod ziemię, zniknąć. Upał straszny, cuchnie alkoholem. Kobieta przede mną wypełnia stare rajstopy paczkami papierosów. Pierwsza, druga, trzecia - i czwarta! Nowopowstałymi pasami się owija. Bluza na nie opada; to co w szklance, w gardło wpada. Jest gotowa. Obok niej krępy mężczyzna też niezgorzej sobie radzi: parę paczek w majtki wkłada, resztę do butów wsuwa i z uporem upycha. Kto wie, może rynek przemytniczy nową ofertą - ‘‘zgniotkami’’ - podbije…
Rozprysło się, zgiełk. Wysokoprocentowy napój przedwcześnie wyzwolił się ze swego szklanego więzienia. Jego właściciel na kolana się rzuca, twarz do reklamówki przybliża i odważnie ratuje resztki drogocennej cieczy, lśniący między odłamkami płyn w siebie wchłaniając. |
|
|