Quillabamba, owocowy raj (2/4) |
|
|
Nagle autobus się zatrzymuje. Na skraju drogi zbiegowisko ludzi jakby zatroskanych czymś na dnie przepaści. Wychylam się przez okno. Około trzydziestu metrów poniżej, wpatrzone w niebo, cztery koła ciężarówki przewożącej mango. Jeśli owoce w sposób cudowny nie złagodziły upadku, to nieszczęsny kierowca zapewne już użala się przed św. Piotrem nad stanem dróg andyjskich… Po tym już jakoś nie mogę zmrużyć oka do końca podróży.
Po zostawieniu bagaży w Karczmie Wilgotnej Duchoty zapuszczamy się w dżunglę. Istny raj: banany, mango, pomarańcze, kawa, papaje i inne owe przedziwne owoce zdobią potężne drzewa. Żarłocznie, nie przystając nawet, pochłaniam te cuda. Rozkosznie rozpływają się na podniebieniu, przenosząc mnie w krainę marzeń.
Zbliża się zmierzch, a z nim chmara moskitów. Spryskany śmierdzącym płynem i odziany w długie ubrania, nie powinienem być łatwą ofiarą. A jednak! Korzystając z tego, że jestem odeń odwrócony, przewrotny zwierz, siadłszy cichcem na mym pośladku i całkowicie abstrahując od spodni, zatapia w nim swój włochaty kolec. |
|
|