Quillabamba, owocowy raj (3/4) |
|
|
Uniesiony gniewem, zadaję mu śmiertelny cios. Tak, nawet nie zdążywszy pożałować swego czynu, winowajca leży powalony u mych stóp. Nim jednak wyzionie ducha, bzyknie zjadliwie:
“m a l a r i a”...
Honor uratowany. Lecz bzyczenie mnie prześladuje, zatruwa smak kolejnego mango, które dotąd było tak smakowite. Wynurzam się z tych ponurych myśli dopiero na widok domku ze słomianą strzechą. Wychodzi z niej wieśniak i wita przyjaźnie. W obejściu gromadka dzieci goni się wokół staruszki o podejrzliwym wzroku. W braku złota obsypują nas owocami.
Opuszczamy ich z żalem, zagłębiając się w gęstniejące ciemności. Ledwie odgaduję ścieżkę pod nogami, lecz nic to… W snach rzadko wiadomo, dokąd się zmierza. Wszystko jest nasycone zapachami, oddycha, tętni życiem. Wokół tajemnicze odgłosy. Woal obłoków odgradza nas od gwiazd. Wtem sto innych zapala się w gąszczu. Niby wróżki, robaczki świętojańskie mrugają do nas i wytyczają drogę do wioski.
|
|
|